Dodano: 1 marca 2026
Złote Pióro 69: Nie kiwnąć palcem w...
Najbardziej znana wersja powiedzenia to: nie kiwnąć palcem w bucie. Tymczasem 21 grudnia 2025, w telewizyjnym serwisie informacyjnym „19.30”, Marcin Przydacz, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, powiedział: nie kiwnął palcem w nosie (...).
Czy to źle, że ktoś przekręca takie sentencje? W sumie nie tak bardzo, choć jest to jakieś uchybienie. Z jednej strony skoro dane powiedzenie już się przyjęło, to miło by było trzymać się tej wersji. Świadczyłoby to o dobrej jego znajomości. Z drugiej – powiedzenia są wymyślane przez ludzi, zatem i przez nich mogą być zmieniane. Ważne, aby nowa wersja nie wypaczała sensu, jeśli ma być użyta w dotychczasowym znaczeniu (gdy chodzi o celowe użycie w nowym znaczeniu, to normalne, że treść sentencji musi być inna).
Omawiając podany przykład – wersja z kręceniem w nosie zamiast w bucie chyba została poprawnie odebrana, czyli w znaczeniu: nie zrobił nic. Może zabrzmiała dziwnie, ale to wynika z nieosłuchania z nią i przyzwyczajenia do oryginału. Podobnie rzecz się ma z truskawką na torcie ustawioną w miejsce tradycyjnej wisienki. Z niej znany jest były piłkarz Tomasz Hajto (czas: 0:46):
(Przy okazji – w materiale pojawia się też niefortunne powiedzenie o spędzeniu miesiąca na finałach Mistrzostw Europy zamiast po prostu na Mistrzostwach Europy, wszak finał tam był tylko jeden, a cały turniej trudno nazwać finałami, zresztą po co?).
Owoc ma być tym, co wieńczy dzieło. Przyjęło się mówić o wisience, ale choć wersja z truskawką wzbudziła uśmiechy, to sensu nie wypaczyła. Nie nadawałby się np. melon, bo jest za duży i ciężki, więc przygniótłby tort. Do powiedzenia pasuje tylko mały owoc. On ma być dodatkiem, bez niego potrawa i tak byłaby dobra, ale z nim będzie jeszcze lepsza. Ktoś kiedyś wymyślił, że nada się wiśnia, a teraz mamy truskawkę. Czereśnia czy agrest też wchodzą w grę.
Można to potraktować z przymrużeniem oka. Tomasz Hajto, mimo że ludzie nabijali się z niego, sensu powiedzenia nie wypaczył, w przeciwieństwie np. do tych (a jest ich niemało), którzy myślą, że mierzyć siły na zamiary to dostosować cele do możliwości, choć jest odwrotnie: to właśnie wyznaczać sobie ambitne cele i dążyć do nich. To akurat świadczy nie tylko o nieznajomości mickiewiczowskiego cytatu, ale i o niezrozumieniu czytanej treści, a o tym już pisałem. Tu nie mogę znaleźć usprawiedliwienia. Jeśli chodzi nam o wyznaczenie sobie celów, które niemal na pewno zrealizujemy, to trzeba mówić o mierzeniu zamiarów na siły. O tej sentencji wkrótce napiszę więcej, ale w kontekście jej aktualności z punktu widzenia naszych czasów.
Nie mogę zaś bronić Tomasza Hajty i Dariusza Dziekanowskiego w innej sprawie, niebędącej głównym tematem dzisiejszego artykułu. Jak twierdzi językoznawca Maciej Malinowski, jako komentatorzy telewizyjni obaj mówili na antenie, że (klub) Zawisza pokonała Zagłębie. Zawisza jest rodzaju męskiego, więc pokonał. Kończy się na „-a”, ale dodam, że Barbara jest imieniem żeńskim, a Barnaba męskim...
We wspomnianym artykule językoznawcy jest też poruszona kwestia pyrrusowego zwycięstwa w kontekście sportowym, które przedstawiłem w 1. artykule „Złotego Pióra”. O ile truskawka na torcie ujdzie, to tu przekręcanie znaczenia powiedzenia nie wchodzi w grę, gdyż wypacza sens.
Idźmy dalej. Nie można też obronić powiedzenia: ciężki orzech do zgryzienia zamiast poprawnego twardy orzech do zgryzienia. Po pierwsze, orzech jest lekki, więc ta wersja nie ma sensu, a po drugie, zamiana twardości na ciężar wypacza znaczenie. Inaczej sprawa wyglądałaby, gdyby ktoś za orzech wstawił ziemniak. On też jest twardy (przynajmniej przed ugotowaniem, tak jak orzech przed rozłupaniem), więc pasowałby. To dałoby się obronić (podobnie jak wcześniej truskawkę zamiast wiśni), ale nie słyszałem, aby ktoś posługiwał się wersją z ziemniakiem.
Nikt nie zrozumie wszystkich powiedzeń
Ważne też, aby używać powiedzeń powszechnie zrozumiałych, natomiast w przypadku tych mniej znanych musimy mieć pewność, że rozmówca również posługuje się nim. Inaczej można wprowadzić go w błąd. Sam padłem kiedyś ofiarą nieporozumienia. Słowa poszedł w długą zrozumiałem w ten sposób, że ktoś skręcił w ulicę Długą na kaliskim osiedlu Chmielnik i nią szedł, a tymczasem chodziło po prostu o oddalenie się od domu. Działo się to w zupełnie innej części miasta niż Chmielnik. Później znalazłem to powiedzenie w słowniku slangu. Poza nim niewiele stron poświęca mu uwagę. Pewne źródło wskazuje na stosowanie go w XVII wieku. Jak widać, dziś już nie jest popularne. Nie radzę więc tak mówić w języku oficjalnym.
Nie doszłoby do nieporozumienia w przypadku powiedzenia wyszedł po angielsku. Znam je, więc zrozumiałbym, o co chodzi. Jego przekaz tylko nieznacznie różni się od poprzedniego. W wyjściu po angielsku bardziej chodzi o wyjście bez pożegnania, a mniej o to, że kogoś trudno znaleźć, jak to ma miejsce w pójściu w długą. Tak czy inaczej – poszedł i tyle go było widać.
Jest też zasadnicza różnica pomiędzy mierzeniem sił na zamiary i mierzeniem zamiarów na siły a pójściem w długą. W dwóch pierwszych przypadkach, nawet nie znając wcześniej powiedzeń, z analizy słów dałoby się domyślić, o co chodzi. W trzecim sens jest tak ukryty, że albo się go zna, albo się nie zna, znaczenie jest trudne do intuicyjnego odgadnięcia. No bo jak tu się domyślić? Owa długa równie dobrze mogłaby oznaczać dosłownie, a nie z nazwy, długą ulicę, ale ktoś nadał temu inne znaczenie, którego nie każdy musi znać.
Czytelniczka miała też dylemat, jak wytłumaczyć nastoletniemu chrześniakowi znaczenia powiedzeń, które w treści zawierają nazwy dawnych sprzętów, np. dzban, który ma ucho. Przecież dzisiejsze butelki nie mają go. Niestety, ale wyjaśnianie budowy przedmiotów wykracza poza działalność klubu językowego. Aby zrozumieć klubowe artykuły, trzeba posiadać pewną wiedzę, jak to było w przypadku Hiszpanów, którzy mieli wątpliwości co do pewnych niuansów polskiego, lecz coś już umieli („Złote Pióro” nie prowadzi kursów językowych). W tej sytuacji polecam najpierw zabrać młodzież do muzeów i skansenów. Mamy w Kaliszu Zawodzie, w miarę blisko są też Sieradz, Wolsztyn (tam znajduje się nie tylko skansen kolejowy, ale i budownictwa ludowego) i Szreniawa, dokąd dość łatwo można dojechać środkami komunikacji. Po tych lekcjach zapraszam do lektury.
VIII Dyktando Sopockie – 21 lutego 2026
Na zakończenie wzmianka o moim debiucie w kolejnym dyktandzie. Po raz pierwszy obowiązywały nowe zasady ortografii. Nagród nie przywiozłem, dałem się złapać na parę pułapek, tu przedstawiam najbardziej podchwytliwe. Wróciłem bogatszy o wiedzę, że bieżmy czasem pisze się przez „ż”, gdy chodzi o czasownik bieżyć. Reforma ortografii nie wprowadziła łącznej pisowni w wyrażeniu nie najbardziej, jak błędnie wydawało mi się. Moje analogie do podobnych konstrukcji nie zawsze są trafne, np. poprzez skojarzenie ze staro-cerkiewno-słowiańskim napisałem język górnołużycki z łącznikiem, a powinno być razem. Pamiętajcie też, że siedemdziesiątkadziewiątka pisze się również łącznie, mimo że edytor podkreśla mi teraz na czerwono.
Nie oznacza to, że napisałem katastrofalnie. Poradziłem sobie z grami słów typu nuży – nurzać – nuże. Wiedziałem też, że himalaje obchodów to nie góry, więc napisałem małymi literami. Tu jednak mam skojarzenie z czymś, czego na dyktandzie nie było. O rumuńskim piłkarzu Gheorghe Hagim mówiło się kiedyś Maradona Karpat, a przecież chyba nie napiszemy Maradona w tym znaczeniu małą literą.
UNESCO – oczywiście w całości dużymi literami, a Dzień Języka Ojczystego, mimo pominięcia pierwszego słowa Międzynarodowy to wciąż nazwa – z tym poszło ładnie; Gdynianin po nowemu dużą – też nie nabrałem się, podobnie jak jeszcze z paroma słowami tego typu, których pisownia zmieniła się.
Po raz pierwszy po dyktandzie miałem okazję uczestniczyć w omówieniu tekstu przez jego autorkę, którą była dr Joanna Ginter. To była przydatna lekcja. W przerwie między dyktandem a wynikami odbyło się spotkanie z Katarzyną Pakosińską.
Wcześniej, w grudniu 2025 nie udało się też niczego wygrać w X Dyktandzie Mikołajkowym w Łodzi. Tam przyczyna była inna: słowa o obcej pisowni. Podtrzymuję zaś, iż brak nagród nie oznacza, że nie warto było przyjechać. Zawsze się czegoś nauczę, a dodatkowo łączę przyjemne z pożytecznym, bo jak jadę daleko, to nie tylko po to, aby zapisać jedną czy dwie kartki papieru, lecz też coś zwiedzę przy okazji.
Zasady ortografii są wszędzie te same, ale style dyktand różnią się. Ogólnie jednak teksty są trudniejsze niż 2–3 lata temu.
Kwiatek językowy również pochodzi z Sopotu. Zdjęcie wykonałem w toalecie jednego z nadmorskich lokali, po dyktandzie. Pisownia nie z rzeczownikami odczasownikowymi sprawia problem wielu Polakom, niezależnie od regionu. Do tego „odpadła” kreseczka nad „ź”. Paragon grozy też dostałem.
Marcin Galant
https://mbp.kalisz.pl/p,190,klub-milosnikow-polszczyzny-zlote-pioro#skip




